Gdy słońce jeszcze śpi – nie ma to jak rower

Kiedy wiosna budzi się do życia, temperatura za oknem wzrasta, słońce wstaje coraz wcześniej– chce się pedałować gdy większość jeszcze smacznie śpi. W tym roku jeszcze nie miałam okazji, ale już nie długo, jeszcze troszeczkę… już nie mogę się doczekać.

Pobudka o świcie! Szybkie, lecz pożywne śniadanie, mała kawa no i woda, woda, woda.
Słońce jeszcze śpi, powietrze jest rześkie, niezmącone dużą ilością spalin, „świat” wypoczęty po nocy, jadę obraną wcześniej trasą. Powoli się rozkręcam, mięśnie pobudzane wolno, lecz rytmicznie. Świeże rześkie powietrze pozwala na głębszy oddech, dzięki czemu sukcesywnie dotleniam komórki, a mój organizm pracuje lepiej i wydajniej. Nie czuję zmęczenia. Czerpię radość z chwili i czasu tylko dla siebie – ja i moje dwa kółka.

Kiedy wyruszam tak wcześnie rano zazwyczaj rowerem nie musze się śpieszyć

Dzieci jeszcze śpią, a to co mam do zrobienia zrobię później. Zazwyczaj na takie rowerowe poranki wybieram trasę z ciekawym celem. Tak abym na miejscu mogła gdzieś usiąść. Podziwiać ładne, ciekawe krajobrazy. Niby w mojej „okolicy” tak do 30km od domu, a jednak odczucie zupełnie inne. Jeżeli wybieram „górkę”, brzeg jeziora czy inne przyrodnicze miejsce staram się wsłuchać w dźwięki natury.

Usiąść i podziwiać wschód słońca. Wiele razy właśnie w takich miejscach spotykam takich jak ja. Rozkoszujących się chwilą. Obcujących z przyrodą o poranku. Zdarza się pogadać wymienić opinie i przebieg „swojej” trasy. Czasami jednak celem jest jakaś okoliczna mieścina, więc aby odciąć się od szumu i zgiełku miejscowego życia zabieram ze sobą muzykę. Siadam na „kamieniu” i słucham tego, co lubię. W takich miejscach fajnie patrzy się na tępo ludzkiego życia. Dostrzegam rzeczy i zachowania, których będąc na miejscu mijających mnie ludzi pewnie bym nie dostrzegła.

W myślach przywołuję naszą pierwszą trzydniową randkę. Nie była rowerowa! Wtedy też wstaliśmy jeszcze w nocy, bo o 3 nad ranem. Po śniadaniu przy, blasku księżyca wyruszyliśmy zdobyć najwyższy polski szczyt – Rysy. Wyruszyliśmy z schroniska przy Morskim Oku. Cisza spokój i piękny księżyc w pełni. Taki mały nocny spacer. Ku naszemu zdziwieniu po przejściu krótkiego odcinka przy Czarnym Stawie natknęliśmy się na śpiących w śpiworach pod gołym niebem ludzi. Dzień wstawał powoli, a my swoim tempem zdążaliśmy na szczyt… Jako jedni z niewielu o tej porze zdobyliśmy Rysy. Naszym szczęściem było, że wyruszyliśmy tak wcześnie, gdyż w drodze powrotnej dopadła nas burza i wielu turystów musiało zawrócić. A ludzi na szlaku było już sporo, więc nie szło się już tak przyjemnie w ciszy i spokoju. Ale to nasze kolejne niezapomniane doświadczenie.

A rowerując o poranku…

Słońce jest już coraz wyżej, robi się cieplej, kilometrów coraz więcej, zmęczenie coraz większe i „blacho smrodków” na drodze coraz więcej. Cel osiągnięty, organizm „wypoczęty”, zregenerowany. Była trasa, świeże powietrze, nabite kilometry, a przede wszystkim rowerowanie.

Dzień więc w pełni, a jeszcze zostaje tyle czasu do jego końca. Jestem z siebie zadowolona, i szczęśliwa, że chciało mi się wstać, gdy słonce jeszcze spało.

You Might Also Like

Back to top